Ta notka była pisana przeze mnie łącznie siedem razy. Co chwilę albo usuwałam fragmenty, to dodawałam nowe, chcąc opisać, to co narodziło się w mojej szalonej, wręcz nieobliczalnej główce. Cóż, miejmy nadzieję, że nie jest tak źle.
Następna notka będzie dość ważna, ale pst! O tym za tydzień:)
Razem z Dorianem zajęliśmy jeden pokój, za to duży i przestronny. Alenko zachował się po dżentelmeńsku, proponując, że ja tylko zajmę wielkie, rozłożyste łóżko, a on będzie spał na podłodze. No dobrze, byliśmy razem niecałe dwa miesiące, ale przecież i tak nie robimy nic złego, więc od razu zażądałam go u siebie w łóżku, bez podtekstów proszę, sugerując się, że będzie miał chłopak pecha, gdy zostanie potraktowany jak poduszka.
Tak czy inaczej, czułam się trochę jak nastolatka. Niby nic, a jednak. Jakby zaraz matka miała wpaść przez drzwi z krzykiem, i żądaniem wyjaśnień, co my najlepszego robimy.
Joanne po tej olbrzymiej kolacji była tak zmęczona, że natychmiast po podziękowaniu za przyjęcie nas i za posiłek, udała się spać.
A my z Dorianem zostaliśmy sami.
Właśnie wylegiwaliśmy się na kanapie, która postawiona była przed kominkiem, w którym radośnie trzaskało palące się drewno. Łóżko mieliśmy zaścielone, a raczej rozwalone, bo oczywiście ja rzuciłam na nie bagaże, a samo rozpakowanie przełożyliśmy na jutrzejszy ranek.
Zegarek, stojący na szafce nocnej obok łóżka wskazywał dziesiątą wieczór.
Było... miło.
- Wygodnie ci? - zapytał z głupia front Dorian, a ja zdusiłam chichot. Ten facet był niesamowity. Sam był rozłożony w dość nieciekawej i jak domyślałam się niewygodnej pozie, a ja radośnie leżałam w jego ramionach, wtulając głowę w jego klatkę piersiową.
Przedtem pytał, czy jestem najedzona, zmęczona i czy na pewno czuje się po jeździe dobrze.
- Nie musisz się martwić - powiedziałam uspokajająco - W twoich ramionach zawsze mi dobrze.
Prawie nie czułam ciepła z kominka, tylko jego ciało, jak zwykle gorące, jakby wyszedł prosto z pod prysznica ze zbyt wysoka temperaturą.
Moja odpowiedź widocznie mu się spodobała, bo oczy mu wyjątkowo błysnęły.
- Kath, ty nas traktujesz poważnie? - zapytał.
Miałam ochotę zerwać się i po prostu wściec, ale w gruncie rzeczy, sama nie zawsze czułam się pewna w każdej sytuacji. Może on jest niepewny? W końcu zaczęliśmy być razem w dość ciekawych okolicznościach. A na dodatek on był wilkołakiem.
Więc odparłam szczerze i bez żartów.
- Tak, traktuję nas poważnie. Poważniej niż cokolwiek innego.
Nie powiedziałam, że go kocham, chociaż miałam ochotę. Nie wiem, czy to była miłość. Po dwu miesiącach poznawania siebie i traktowania jego jak mężczyznę, a nie wkurzającego faceta z naprzeciwka, na początku byłam zbyt niepewna. Teraz też jestem nie do końca świadoma, co dzieje mi się pod czaszką, ale jak zamykam oczy, widzę jego.
Czy to miłość?
Martwię się o niego i cały czas zastanawiam się, gdzie jest i co robi.
Czy to miłość?
Jestem zazdrosna o denerwujące panienki, które na ulicy wlepiają na niego wzrok.
Czy to miłość?
Myślę nie o sobie, a o nim. To można nazwać miłością? Czy to, że wybaczam mu wszystko to, czego sobie bym nie była w stanie?
Tak, może to ona. Ale nawet jeśli nie, to i tak chcę być z nim.
Przycisnął mnie jeszcze mocniej do siebie.
A ja pomyślałam, że jestem szczęściarą, ale i egoistką. Czy z drugiej strony nie jestem dla niego zbyt... gorsza od innych?
- Jesteś moim słońcem - tym rozwiał moje myśli. Bo po co myśleć o czymkolwiek, jak można żyć chwilą? A on ma wyjątkowo interesujące usta.
******
Oczyma Doriana...
Przedtem miał wrażenie, że owszem, ktoś tam na górze coś konkretnego do niego ma, ale na pewno nie chodzi o sympatię.
Teraz byłby w stanie się kłócić. Chociaż nie był specjalnie wierzący, niejasno podejrzewał, że to, co się teraz działo to nie jest zwykłe, ludzkie szczęście, a raczej Boża opatrzność, cokolwiek to było.
Tak czy inaczej ostatni rok był niemalże cudowny, a sam Dorian planował, że następny będzie jeszcze lepszy. Nie dość, że przed trzema miesiącami zlikwidowali dużą grupę nowonarodzonych wampirów, to jeszcze jakimś cudem udało mu się wprowadzić wprost na przeciwko mieszkania Kate.
No dobrze, to akurat żaden cud, tylko przekonanie kumpla, pracującego na poczcie, by dał jej adres, a także spora łapówka byłemu właścicielowi mieszkania, by grzecznie i bez żadnych kłopotów zmienił szybko lokum.
Sama Kate nie była kłopotliwą sąsiadką... Bynajmniej aż tak.
Owszem, miała swoje dziwactwa, na przykład jej śmiech było słychać co najmniej trzy piętra w górę i w dół, był tak donośny i dla niego, uroczy.
Jednak według pana Ericka, mieszkającego nad Alenko, śmiech panny Bexell był skrzyżowaniem sępa i muczenia krowy. Dorian śmiał się, chociaż poczuł się nieco urażony, że starszy pan, jeden z jego ulubionych sąsiadów, mówił coś takiego o JEGO Kate.
Ale z drugiej strony miał trochę racji. Śmiech Katherine był... oryginalny. Zaczynał się mniej więcej urywanie, jakby nie mogła zaczerpnąć tchu, po czym przeobrażał się w dzikie parsknięcia po to, by skończyć jako spazmy niekontrolowanego chichotu, brzmiącego bardziej na nerwowy, niż na radosny.
Ale i tak był wspaniały.
Dzisiejszy dzień był całkiem dobry, nie licząc porannego wrzasku Bexell, która napadła na niego rano, uważając, że to, co jak zawsze słucha, to zwykłe wycie. Niby na początku chciała tylko, by ściszył, ale jego odpowiedzi zdenerwowały ją tak, że potem miała ochotę urwać mu głowę i zagrać nią w kosza.
Jemu jednak nie przeszkadzało, że jego luba była wściekła. Ona lubiła się złościć, jak stwierdził, słysząc epitety na swój temat i trzask drzwi.
Siedzieli z panem Erickiem, wygrzewając się na słońcu. Zajęli pobliską ławkę, a sami rozkoszowali się ciszą i piwem.
- Moja wnusia kazała ci przekazać, że chcę cię poznać - oznajmił z niezadowoleniem staruszek, po czym wyszczerzył złośliwie zęby - Mam nadzieję, że mogę jej powiedzieć, że jesteś tym... no... gejem?
Dorian parsknął piwem, czego na szczęście nie skomentował starszawy pan. Uśmiechnął się tylko pod zawijanym wąsem i wzruszył ramionami.
- Nie to nie - stwierdził filozoficznie, zamykając oczy - Swoją drogą mógłbyś przestać tak się eksponować po ulicach. Czuję się jak w muzeum.
Alenko zerknął z uwagą w bok, ale twarz Ericka nie wyrażała ani zazdrości, ani gniewu, ani żadnej innej negatywnej emocji.
- Przecież nie eksponuje się, jak pan to określił - zauważył spokojnie, unosząc brwi.
- Gadanie młodych - mruknął ściszonym głosem sąsiad, biorąc malutkiego łyka napoju - Nawet moja Nancy gapi się na ciebie, jak na aktora. A ma osiemdziesiąt jeden lat.
Dorian milczał. Nie miał zielonego pojęcia jak zachować się na takie wieści. Jednak, co z trudem zatrzymywał dla siebie, fakt, że podoba się staruszkom nieco go śmieszył.
- Proszę o wybaczenie, ale tylko za jedną to ja biegać mogę - powiedział w końcu wilkołak, wyprostowując nogi.
Ławeczka była nieco przy mała, ale także nie niewygodna.
- Ano i dobrze, każdy powinien kogoś mieć. - Zgodził się staruszek, poprawiając okrągłe okulary - Moja wnuczka, ty, panna Bexell, czy ta spod siódemki, co już czwórkę dzieci ma... - rozmarzył się na chwilę - Wy macie szczęście, bo macie tą druga osobę...
Przez chwilę znów nastąpiła przydługa cisza, póki Dorian nie skojarzył tego, co powiedział Erick.
- Kate Bexell kogoś MA?!
******
Dorian zniknął z rana, starając mi się taktownie tłumaczyć, że na kilka godzin zajmą go sprawy sfory. W końcu został kimś w rodzaju łącznika wilkołaków z naszego miasta z Forks.
Opowiadał nieco o tych tutejszych. Podobno to banda dzieciaków, ale całkiem dobrze wyszkolona w walce. Całe szczęście, że tradycje wilków przechodziły u nich z pokolenia na pokolenie słownie, bo kompletnie nie wiedzieliby, co się z nimi dzieje i dlaczego.
A obowiązki były, są i będą.
Więc ja i Joanne zostałyśmy same, a z błogosławieństwem pani Gerthrude wysłała nas do miasta. Co prawda nie zażyczyła sobie niczego konkretnego, oprócz tego, że my mamy pozwiedzać i dobrze się bawić.
Jednak tutaj praktycznie nie było co zwiedzać. Budynki były szare, smutne, a wokół kompletnie zielono i nudno.
Joanne oczywiście bardzo się to nie spodobało. Narzekała przez całą drogę, jaką pokonałyśmy na piechotę, oczywiście całą winą obarczając mnie.
Ja to miasto tak poustawiałam? A może zamówiłam pogodę na takową pod psem?
Jej zachowanie powoli, ale nieubłaganie zaczynało mnie denerwować.
- Jest tu niewielkie centrum handlowe - zauważyłam z zadowoleniem, a ona prychnęła.
- To tylko budynek, a w nim może ze sześć sklepów z niemodnymi ciuchami. - Burknęła takim tonem, jakby wyświadczyła mi łaskę, że w ogóle się odezwała. Jednak milczałam. Po co prowokować awanturę, która i tak już wisiała w powietrzu?
Mimo to pociągnęłam ją w kierunku dość sporego budynku. W środku nie było może zbyt wspaniale, ale na pewno wystarczająco dobrze, by poszaleć na zakupach. W portfelu miałam niemal ze cztery moje wypłaty, przez co mnie na pewno humor podskoczy o kilka punktów ku górze, a Joanne może...
Zaczęłyśmy od sklepów z błyskotkami, bo to te najbardziej odpowiadały kuzynce. Mała z błyszczącymi oczyma oglądała zawartość półek, a ja chętnie postanowiłam spełnić jej pierwszą zachciankę, jaka ceną nie spowoduje u mnie ataku serca.
Wybrała sobie uroczą spinkę z błyskotkami w kształcie łba kota, który nie dość, że był całkiem ładny, to jeszcze cena wcale nie odstraszała.
Joanne piszczała co chwilę z uciechy, pocierając palcami nową zdobycz, która magicznym sposobem natychmiast znalazła się na jej bluzeczce. Dziewczyna była tak dumna, że szła wyprostowana jak strzała z uniesioną głową. Takie widoki zawsze mnie bawiły.
- Jeszcze tutaj, o tutaj - zawołała, wskazując następny sklep z odzieżą, a ja zastanawiałam się, czy będę mieć duże wyrzuty sumienia, że wyrzuciłam większość pieniędzy zabranych w podróż już pierwszego dnia na kolorowe szmatki.
Weszłyśmy powoli, dostojnie, ale zaraz pisnęłam jak mała, rozradowana dziewczynka i rzuciłam się w kierunku najpiękniejszej torebki na świecie.
Była czarna, błyszcząca i niewielka, z dużym paskiem na ramie i pojedynczą, aczkolwiek interesująco skrojoną kieszonką. Taką przecudowną, niemal identyczna rzecz widziałam w jednym z miesięczników odzieżowych i tak podobała mi się ta niewielka torebka, że najchętniej od razu sprawiłabym ją sobie tu i teraz.
I właśnie oto moja szansa!
A przynajmniej byłaby to moja szansa, gdyby nie wszczepiła się w nią blondynka - piękność, pseudonim Lafirynda.
Ta dziewczyna była... dziwna. I pewnie tylko tak bym ją określiła, gdybym nie spojrzała na dwie postacie jej towarzyszące...
Daję słowo, za chwilę będziecie musieli uważać na moje biedne serce, tak szybko zabiło.
One były wampirami. Miały białą, połyskującą pięknie skórę jak Flavius, czy mój piwniczny prześladowca, który nadal hasa sobie po świecie ze sforą na karku. Pierwsza, która patrzyła na mnie wściekle, trzymając oburącz za pasek od torebki była jasnowłosą muzą. Piękna, powabna i uderzająca, wydawała się być elfką z tych historii, które namiętnie czytywała Joanne. Blask w oczach, refleksy we włosach i piękna, naturalna i swobodna postawa świadczyła o tym, że to najpiękniejsze maszyny do zabijania na świecie.
Drugą była szczupła, czarnowłosa dziewczyna o nieodgadnionej minie. Jej uśmiech przypominał ten z obrazu Mony Lisy, co nie bardzo mi się podobało. Ubrana była ekstrawagancko i także była śliczna, chociaż innym typem niż blondyna. Trzecią kobietą była ciemnowłosa dama, z rodzaju tych statecznych. Miała w sobie jakieś matczyne piękno, o ile tak mogę to określić. Patrzyła na nas łagodnie, to na mnie, to na blondi.
- Tego... to ja ustąpię - mruknęłam. Nie zaczynać z wampirami. Zasada numer jeden, którą właśnie po raz drugi złamałam.
Chciałam się jak najszybciej wycofać, ciągnąc ze sobą Joanne.
- Hey, Kate - odezwała się ta czarnowłosa, chichocząc - Uważaj dzisiaj na wodę.
Dopiero w domu zrozumiałam, że ta dziewczyna nie miała prawa znać mojego imienia.
Boże, czy one po mnie przyjdą?!
*****
Zamknęłam się w pokoju, nałykałam się środków uspokajających i tuliłam się do poduszki, zastanawiając się, co się stanie, jak za chwilę nie wróci Dorian.
Byłam bliska histerii.
Złe, pokręcone, bestialskie istoty! No dobrze, oprócz Flava, ale on był oswojony, jak mawiał Alenko. Mam nadzieję, że jak któryś z nich coś mi zrobi, to na pewno nałyka się przy okazji farmaceutyki, która teraz krążyła w nabuzowanej krwi.
Dorian, proszę, wróć wcześniej...
- Panienka dobrze się czuje? - zapytała zza drzwi Gerthrude, a ja niemal pisnęłam z przerażenia. Strach ma wielkie oczy.
- Nie - odparłam zgodnie z prawdą, chociaż gospodyni pewnie pomyśli, że mam problemy zdrowotne, nie psychiczne.
- Och rozumiem, daj znać, jak będziesz mnie potrzebować - krzyknęła zza drzwi kobieta, krzątając się na korytarzu - Ja tymczasem posprzątam i umyję podłogi. Proszę odpocząć.
Miałam ochotę poradzić jej, żeby udała się tam, gdzie słońce nie dochodzi. Boże, jaka ja byłam przerażona! I nic nie było w stanie mnie podnieść na duchu, chyba, że Dorian wróci wcześniej!
- Kate, wyjdź wreszcie z tego pokoju, do cholery jasnej! - wydarła się nadąsana Joanne, którą zostawiłam niemal samą na środku miasta - Opętało cię coś?!
Miałam także ochotę teraz przylać jej mocno. Kto jak kto, ale ona w ten sposób odzywać się do mnie nie będzie!
Wystartowałam z łóżka jak miniaturowy odrzutowiec, z rozmachem otworzyłam drzwi, które odbiły się lekko od ściany i...
Poślizgnęłam się na mokrej podłodze. Tył głowy zabolał, jakby zatańczyło na nim tuzin gwoździ.
****
- Może naprawdę wezwać doktora, panno Katie? - zapytała Gerthrude po raz kolejny.
Przewróciłam oczyma. Leżałam na sowie, przyciskając do głowy lód. Nie to, że stało się coś wielkiego. Nie straciłam przytomności, ale podłogę obarczyłam takimi słowami, że do tej pory mi wstyd przed gospodynią i nastoletnią kuzynką. Takie rzeczy to tylko ja mogłam robić, niestety.
Drzwi skrzypnęły i usłyszałam głos Doriana, który rozmawiał z mężem Gerthrude.
Obaj weszli do salonu, gdzie bezczelnie rozwaliłam się na kanapie, nawet nie zdejmując kapci.
Obaj zapatrzyli się na mnie.
- Migrenę ma panienka? - zapytał Andrew, a ja tak zaczerwieniłam się, że wyglądałam jak dorodny burak, prosto z pola.
Dlaczego to zawsze mnie spotyka? Teraz przez co najmniej godzinę będę się zastanawiać nad takimi rzeczami jak jakaś nastolatka zburzą hormonów.
A jednak nie. W końcu mam ważniejszą sprawę do Doriana.
- Alenko, musimy porozmawiać - mruknęłam zimno, łapiąc mego lubego za rękę i prowadząc go do pokoju, jaki razem dzieliśmy.
Pozostali patrzyli na moje sztywne, nieco wymuszone ruchy niby wskazujące spokój, aż nagle mojej drogiej siostrzyczce ciotecznej niemal wyszły z orbit.
- No ty chyba nie chcesz powiedzieć mu, że zostanie ojcem, co? - zapytała ze śmiechem, ale natychmiast spoważniała, gdy tylko zerknęła na chmurę burzową, jaką obecnie byłam.
Zamknęłam za nami drzwi i zmarszczyłam brwi w idealnej synchronizacji z Dorianem, gdyż zrobił kompletnie to samo.
- Alenko, ja mam powoli dosyć - zatrzęsłam się mimowolnie, siadając koło niego. Uważnie słuchał, a to już coś - Dzisiaj spotkałam wampiry! A ten potwór patrzył na mnie z taką nienawiścią, że zawinęłam Joanne i w nogi! Ja się zaczynam bać wychodzić na ulicę!
Wylewałam swoje żale długo, a on spokojnie, z opanowaniem, słuchał. Ja nie byłabym w stanie, gdybym słyszała, że osoba na której mi zależy, niemal wypluwa sobie serce ze strachu razem ze słowami. Poważnie, ja byłam tak przerażona, że chciało mi się wyć i byłam temu bliższa niż kiedykolwiek.
- Kath, uspokój się - poprosił w końcu, kiedy zaczęłam z siebie wyrzucać wszystko - Spotkałaś Cullenów. Tak przynajmniej się wydaje - dodał, ponieważ był ogólnie prawdomówny. Skrzywiłam się.
Uśmiechnął się łagodnie, z niemal anielską cierpliwością.
- Oni są jak Flavius - zauważył niemal po ojcowsku Dorian, używając do tego najłagodniejszego tonu głosu, na jaki było go stać.
- Jesteś pewien? - zapytałam, bo wcale jakoś nie chciałam poznawać inne wampiry. Najchętniej wszystkich ich wrzuciłabym do jednego worka i podpaliłabym go. No, może oprócz Flava, ale on przynajmniej udowodnił, że jedzenie ludzi naprawdę go brzydzi.
- Tak, jestem pewny - odparł dalej tym samym głosem, który odbijał mi się w głowie - Zresztą jeden z naszych wpoił się w dziewczynę od pijaw... od Cullenów - poprawił się szybko.
A dopiero teraz dotarło do mnie, co powiedział Dorian. Ciekawy musiał to być związek, nie powiem, bardzo ciekawy. Tym bardziej, jak to mówili i Alenko i Flav, obie rasy nawzajem dla siebie cuchną do tego stopnia, że przedstawiciela drugiej grupy niemal nie metaforycznie odrzuca.
- No już - przytulił mnie mocno, a ja dopiero w jego ramionach szczerze odetchnęłam. Strach jednak trochę czaił się gdzieś w okolicach serca - Nie ma się czego bać. Spokojnie, i tak ich pilnujemy.
Musze przyznać, że stwierdzenie, że i tak mają ich na oku, nieco mnie uspokoiło. Ale tylko trochę.
Tańcząca w bieli...
Nastrój:
tagi: