Część 13
niedziela, 13.grudnia.2009, 22:07
Z jednej strony rzeczywiście nie chciałam im przeszkadzać w tej "naradzie wojennej", przez co wyszłam przed dom w akompaniamencie papierosa. Brzmi to może dziwne, ale ja sama nie paliłam. Za to trzymałam zapaloną używkę w dłoni i patrzyłam, jak powoli sypie z niej się popiół. Nie znosiłam tego zapachu, smaku, nie znosiłam żadnych używek, ale akurat widok zapalonego 'skręta' mnie uspokajał.
Ganek w otoczeniu kwiatów, tonął w kiczu, ale i w jakimś niezrozumiałym geście utopii.
Miało być tak miło. A tu się okazuje, że jakaś banda popaprańców postanowiła wybić wszystko i wszystkich, stosując interesujące środki. Cholera, dlaczego zawsze ja? To miał być tak wspaniały urlop w towarzystwie Doriana i Joanne. Miałam poznać jego rodzinę i przyjaciół. Owszem, rodzinę poznałam, ale skończyło się katastrofą, chociaż nie z mojego powodu.
I pomyśleć, że bałam się, że to ja wszystko popsuję.
Jak zwykle wampiry.
- Cześć - usłyszałam za sobą głos.
Nastoletnia córka Flaviusa uśmiechała się do mnie przymilnie, szczerząc ząbki. Uśmiechnęłam się do niej z przekąsem, chociaż i tego nie miałam najmniejszej ochoty robić.
Na dodatek przez ostatnie dwie godziny dziewczynka strasznie mnie denerwowała.
- Cały czas mi się przyglądasz - mruknęłam oskarżycielsko. Miała pecha, że akurat nawinęła mi się pod nogi, przez co zaczynałam być nieprzyjemna i złośliwa.
Pokiwała głową. Nie patrzyła już mi w oczy, tylko zaplotła dłonie razem i to im się przyglądała. Zaczęła podważać różowy lakier do paznokci, aż zaczął się sypać z jej palców dużymi płatami.
- Przestań - warknęłam na nią.
- Przypominasz mi moją mamę - zawtórowała, a mi momentalnie zrobiło się głupio.
Uczucie co najmniej nie na miejscu, aczkolwiek całkiem wyraźne i mocne. Zakłopotanie zatańczyło mi pod czaszką, śpiewając głośno piosenki słuchane przez Joanne.
- Tak? - zapytałam już nieco innym tonem - Gdzie jest teraz? - zapytałam z zaciekawieniem. Flav nigdy nie wspomniał, że ma jakąkolwiek rodzinę. A tu okazuje się, że ma i ukochaną i córkę...
- Nie żyje - dziewczyna wycofała się - Zabiłam ją.
Cherry zniknęła z ganku, a ja odetchnęłam. I wcale nie z ulgą.
Dopiero teraz się rozpłakałam. To jednak dla mnie za dużo.
******
Gdy weszłam znów do mieszkania rodzinki Doriana, zastałam familię siedzącą na podłodze. Nie wiem, dlaczego nie chcieli używać krzeseł, ani kanap. Może dlatego, że siedzieli nad jakimiś mapami, pokazując rozmaite miejsca. Mówili dużo, a ja nie rozumiałam o co w ogóle chodzi i co to za mapy, ale pewnie dlatego, że przez dłuższy czas musiałam pooddychać świeżym powietrzem i chociaż w ten sposób ukoić znerwicowanie.
Nie było łatwo, nie powiem.
Usiadłam jako jedyna na kanapie, a Cherry natychmiast wślizgnęła się na poduszkę obok mnie. To mnie jeszcze bardziej krępowało.
Tym bardziej, że ten dzieciak nadal był zapatrzony we mnie jak w obrazek. Może nie dzieło wielkich mistrzów, ale na pewno niezły falsyfikat.
- Jakoś nie przypominam sobie, żeby w okolicy Forks były jakiekolwiek ołtarze - sprzeciwił się na głos Dorian, marszcząc brwi.
Zamrugałam, słysząc jakiś konkret, który jednak nie wiele mi mówił. A jednak...
- Ależ są - zaprzeczyłam szybko i zaczerwieniłam się gwałtownie, kiedy spojrzeli na mnie z zaciekawieniem, ale i widocznym zmęczeniem. Poczułam się jeszcze bardziej głupio - No bo... Tak zwana Trzynastka Celtów, chociaż z samymi Celtami nie ma nic wspólnego - wyjaśniłam powoli, przypominając sobie z trudem wiedzę, jaką na ten temat posiadałam - Dokładniej mówiąc był to obszar, gdzie najemnicy księcia pomorskiego Vlasira Andegaweńskiego, dalekiego kuzyna Karola Roberta, rezydowali w XIV wieku. Podburzali ludność oparami z nieznanych ziół i zmuszali ich do samoczynnych wysiedleń, przekonując ich, że okolice są zalewane przez falę upiorów. W tym celu zbudowali Trzynaście Ołtarzy dla rzekomych bogów tych upiorów, gdzie do naszych czasów przetrwały cztery.
Tego chyba było im za wiele, bo nastąpiła cisza. Polly patrzyła na mnie z łagodnym, matczynym uśmiechem.
- A skąd wiesz? - zapytała powoli, przytulając do siebie wnuka, który z uwagą oglądał jakąś kolorową książeczkę dla dzieci. Na okładce widniał narysowany kotek.
- Pisałam pracę magisterską o wykorzystywaniu zabobonów przez władców nadmorskich ziem - wyjaśniłam z rumieńcem na twarzy. Aczkolwiek i z dumą, w końcu obroniłam ją na piątkę i nie dałam się zastraszyć nikomu z komisji - Jestem historyczką - dodałam, w kwestii wyjaśnienia.
Uśmiechnęła się lekko. Zacmokała.
- Przynajmniej jedna moja synowa skończyła studia - tu spojrzała oskarżycielsko na Mykołe, któremu także Dorian rzucił rozbawione spojrzenie.
- Możemy wrócić do tematu? - zdenerwował się Flavius, przecierając swoje jasne oczy chudymi palcami - Chcę znaleźć tą bandę i jak najszybciej się ich pozbyć. Nie lubią także bardzo mieszańców, a nie mam ochoty patrzeć, jak atakują moją córkę.
Spojrzałam na Cherry. Mieszaniec? Jaki mieszaniec? To wampiry mogą się krzyżować z ludźmi? Nie specjalnie mi się ten pomysł spodobał, ba pomyślałam, że to obrzydliwe. Ale z drugiej strony byłam stanowczo uprzedzona do tej rasy.
Podeszłam do mapy i przyjrzałam się jej krytycznie. Była zielono-niebieska i to wszystko, co dało się o niej powiedzieć. Stanowczo nie rozumiałam tych wszystkich znaczków. Zresztą nie ufałam mapom. Wyczuwałam, chociaż to niezbyt mądre, że spłaszczają okolice, przez co nie da się wyczytać, gdzie się jest.
- Tego... co to jest? - zainteresowałam się, wskazując jeden z symboli.
Dorian szybko zerknął na to miejsce, po czym uśmiechnął się lekko.
- Kath, to La Push - wyjaśnił tonem, którym przemawia się do dziecka.
Popróbowałam dalej znaleźć te cholerne ołtarze, ale nie byłam pewna, jak rozróżnić na tym bezużytecznym papierze to, co powinno być wokół. I chociaż wiedziałam, jak np. dojechać tam samochodem, za nic w świecie nie byłam w stanie to wyjaśnić, mimo pomocy ich wszystkich. Przecież ja nawet nie wiedziałam, gdzie jest wschód, a gdzie zachód!
W końcu westchnęłam, kompletnie już zrezygnowana.
- Nie łam się, maleńka - uśmiechnął się z pocieszeniem Dorian, jak zwykle obejmując mnie. Rzucił przy tym dziwne spojrzenie Flavowi, jakby dając mu coś do zrozumienia.
- Co 'nie łam się' - zdenerwował się czarnowłosy wampir, patrząc na mnie ze złością - Tak to właśnie jest z durnymi kobietami! Tylko jęczeć potrafią i przepraszać!
Nastąpił ogólny spadek temperatury w pokoju i to co najmniej o paręnaście stopni. Dorian i jego najbliżsi, jak zresztą i Flav, chociaż z innego powodu, obserwowali czarnowłosego bez mrugnięcia okiem.
W końcu Polly podniosła się z miejsca i na chwilę wyszła do kuchni.
Wróciła, trzymając oburącz wielką, zamrożoną rybę. Patrzyłam, jak powolnym , dostojnym krokiem podchodzi do wampira, po czym...
Jakby nigdy nic łamie zamrożone danie na głowie zaskoczonego mężczyzny.
Potem pogroziła mu palcem.
- Mama cię nie uczyła, że masz być miły dla kobiet, pajacyku? - zapytała, po czym wciąż go obserwując, usiadła na swoim miejscu koło męża.
Cherry parsknęła śmiechem, co owocnie rozładowało napięcie sytuacji, a ja podziękowałam jej uśmiechem. Mrugnęła do mnie swoim zielonym oczkiem.
W końcu Polly znów odchrząknęła, dając sygnał, że chce coś powiedzieć.
- Kath... Mówisz, że wiesz, jak tam dojechać? - zapytała.
Skinęłam głową, na co ona zrobiła to samo, wciąż myśląc nad czymś. Nie byłam pewna, co chodzi jej po głowie, ale widocznie Dorian znał własną matkę.
- O na pewno nie! - wykrzyknął, marszcząc swoje grube brwi - Po moim trupie! - poczerwieniał na twarzy i niestety, jak zauważyłam, zaczął się trząść z lekka.
Dotknęłam delikatnie jego twarzy. Tyle razy nasłuchałam się, jak to jest z wilkołaczą kontrolą i nie chciałabym znów wylądować na ścianie. Mimo jego gorącej skóry wcale nie czułam się wspaniale.
Odetchnął parę razy. W końcu skinął głową, ale zdania nie zmienił.
- Nie będziecie pakować mojej Kath w kłopoty - wymamrotał, chociaż jego ton był pewny.
Adam zmarszczył swe krzaczaste brwi, po czym wzruszył ramionami.
- Dorian, zastanów się - poprosił cicho, wciąż nie patrząc na syna. Za to gładził dłoń małżonki - Chcemy tylko tam się dostać. Nie weszłaby do pieczar z nami.
Taki scenariusz nawet ja mogłabym zaakceptować. Chociaż z drugiej strony osobiste zbadanie pieczary, która do tych czasów nie została odkryta przez badaczy... Cóż.
- Ja z chęcią się przejadę - stwierdziłam szybko, tak jak Adam nie patrząc na Doriana. Bałam się zobaczyć jego minę. - Z wami nie będzie mi nic grozić.
- Nie - głos Doriana był coraz bardziej nieprzyjemny i głuchy. Historyczna dusza zaczęła błagać o interwencję. Tak bardzo chciałabym tam być...
- Nie pojechalibyście tam sami - zauważył Flav, zezując na swoją córkę - Ja i Cherry pojedziemy razem z wami. Tak będzie bezpieczniej, zważywszy, że moja córka ma... interesujące zdolności.
Nastolatka uśmiechnęła się głupkowato, podciągając kolana i oplatające je ramionami. Skinęła głową, zgadzając się z ojcem.
- A jakie to zdolności, wampirze? - zainteresowała się Polly. Spojrzała na dziewczynki z ukosa, po czym wzruszyła ramionami, jakby niespecjalnie ją to jednak obchodziło.
- Potrafi kopiować umiejętności innych wampirów - wyjaśnił swobodnym tonem Flav, uśmiechając się czarująco do swojej latorośli - Jako, że spotkała ich całkiem sporo, zna wiele...khym... sztuczek.
No ładnie... Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że zwykły dzieciak może umieć takie rzeczy. Głupio przyznać, ale cieszę się, że nie jest moją uczennicą.
Polly zacmokała. Potem skinęła lekko głową.
- Dorian, ty się nie martw, panikarzu - mruknęła w stronę syna - Jestem pewna, że nic wam tam nie grozi. Przecież to nasza okolica, nie pamiętasz? Kiedyś mieszkaliśmy tutaj na stałe. Już zapomniałeś jak z braćmi i kolegami biegaliście po tych lasach?
Dorian nie odpowiedział. Patrzył tylko w ścianę, wiedząc, że przegrał. Przeciw sobie miał wszystkich - zaczynając ode mnie, kończąc na matce. Zrobiło mi się go żal, ale nie na tyle, żeby sobie odpuścić.
- Przygotujmy się - zawtórował tylko Adam, podnosząc się z podłogi.
******
- A więc to tutaj - mruknęłam, kompletnie niezadowolona.
Zachciało mi się naukowych wycieczek. Mimo wygodnych butów, które pożyczyłam na szybkiego od Nataszy i opiekuńczego ramienia Doriana, byłam tak zmarznięta, jak to było możliwe. Nie trząsło mnie chyba tylko dlatego, że opatulono mnie trzema kurtkami, a na dodatek mój Alenko robił za przenośny grzejnik.
A i tak było mi zimno.
Byliśmy w środku lasu. Cherry trzymała się blisko ojca, ale i tak, co zauważyłam z zakłopotaniem, by mieć na oku mnie. Wiem, że byłam tutaj jedynym człowiekiem, ale bądźmy szczerzy - aż takiej ochrony to ja nie potrzebowałam.
W tym miejscu wydawało się, jakby panowała wieczna noc. Drzewa, wielkie i rozłożyste, blokowały dostęp do światła, rzucając straszny cień. Nie było to przyjemne, bo między gałęziami na dodatek świstał wiatr, przypominający jęki i wycie.
- Tutaj musi być gdzieś właz, lub inne wejście - zgodził się Adam, zezując na syna i Flaviusa.
Jasnowłosy wampir skrzywił się nieznacznie, po czym skinął dłonią na niewielkie wybrzuszenie w ziemi.
- Tam - pokazał, podchodząc dokładnie do wskazanego miejsca. Nacisnął butem na próbę. Coś zaskowyczało.
Boże, tam coś jest zakopane?
Wplotłam dłonie w kurtkę Doriana. Dalej był obrażony i nieco zły, ale nie na tyle, by nie przytulić mnie mocniej.
- Córuś? - zapytał Flav w stronę Cherry, która niemal zmaterializowała się u boku ojca i skupiła się na nienaturalnym kopcu.
Ziemia zaczęła drżeć. A następnie po prostu zaczęła się przemieszczać, jakby wypuściła kółka.
Przerażające. Jeszcze bardziej od drzew, które wyglądały, jakby miały się na nas rzucić.
W końcu w ziemi pojawił się duży, nierównomierny okrąg. Musiał być na tyle szeroki, by pomieścić Doriana i Adama.
- Kto pierwszy? - zainteresowała się ze śmiechem Cherry, patrząc na mnie z rozbawieniem. Widocznie to co czułam, odbijało się na mojej poszarzałej ze strachu twarzy. Zachciało się badać średniowieczne ołtarze, co?
Flav bez słowa wszedł w otwór, a po nim Adam. Dorian mruknął coś do ojca, po czym wskazał mi moją kolej. Wytrzeszczyłam oczy.
- Spokojnie - pocieszył mnie nieprzyjemnym tonem - Mój ojciec cię złapie.
Co?
Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, jakby nic, wepchnął mnie choć delikatnie do dziury. Chciałam się złapać jakieś wystającej części murów, czy czegokolwiek, ale niestety nie było mi to dane. Nim w ogóle miałam ochotę zacząć krzyczeć, z trudem chwycił mnie Adam i postawił na ziemi.
Chwilę potem przy mnie znaleźli się Dorian i Cherry.
Rozejrzałam się, już o niebo spokojniejsza. Nie wiem, czy inni cokolwiek widzieli, ale było tutaj tak ciemno, jak w... w... w czymś bardzo ciemnym. Nie było tu najmniejszej ilości światła, przez co przez chwilę myślałam, że straciłam wzrok.
W końcu nastąpiło niewielkie szamotanie z przodu, gdzie stał Flavius i Cherry, po czym spostrzegłam pierwszą pochodnie, którą podano Dorianowi.
Dopiero teraz zobaczyłam.
Długi, przyciemniony wciąż korytarz, a na ścianach napisy w starosumerańsku. Niemal wyrwałam siłą pochodnie mojemu Lubemu, przyciągając go przy okazji do siebie. Piszczałam z uciechy i musiały mi się oczy świecić, kiedy wyciągnęłam z plecaka węgiel do rysunków i kawałek papieru, zaczynając kopiować napisy.
- Dorian zobacz! Zobacz! - piszczałam nadal z uciechy, nie zwracając uwagi na parsknięcia śmiechu ze strony przyszłego teścia i Flava. Cherry kręciła się koło mnie, starając się pomóc w mojej pracy. Nie potrzebowała wcale światła, a ja mimochodem zastanawiałam się, czy ma to tak sama z siebie, czy to kolejna skopiowana cecha.
Tak czy inaczej kiedy ja z trudem skopiowałam trzy kartki, ona zapełniła ich dwanaście. To się nazywa szybkość.
- Musimy już iść - zauważył Adam, przyglądając się z uwagą mojej pracy. Widocznie nie bardzo rozumiał, jak bardzo ważne jest to, co robię.
W końcu odciągnęli mnie od ścian, a ja szłam z nimi z nadąsaną miną, jak dziecko, któremu zabrali za karę zabawki. Szkoda, że te zabawki są tak ważne.
W końcu doszliśmy do olbrzymiej komnaty.
Z trudem wypuściłam powietrze.
Tańcząca w bieli...
Nastrój:
tagi:
Część 12
czwartek, 26.listopada.2009, 23:16
Przepraszam, nie wiedziałam, że jeszcze ktoś to czyta:) Naprawdę miło mi z tego powodu:)
Jak na komendę wszyscy, nawet ja, wbiegli do małego, nieco przyciasnego i przy okazji zagraconego pokoju, gdzie na samym środku siedział synek Nataszy.
Chłopiec, jak zwykle zasmarkany, a i obecnie zalany łzami, wskazywał małą, zaróżowioną rączką w kierunku czegoś, co musiało być mężczyzną. Ciężko było rzec, z powodu krwi, szmat i porwanego ubrania obcego. Leżał na ziemi, ledwie żywy, charcząc krwią i krztusząc się.
A i to nie bardzo do niego pasowało, bo niespecjalnie oddychał.
Był, szlag niech to trafi, wampirem.
Nie wiem, czy mam do nich szczególnego pecha, aczkolwiek niespecjalnie chciałam się nad tym zastanawiać, zważywszy na to, że Dorian i jego ojciec z niezwykłą ostrożności przenieśli jasnowłosego mężczyznę na sofę, gdzie zresztą jeszcze przed chwilą siedziałam. A była to taka dobra sofa...
I tu zaczynały się przysłowiowe schody, proszę państwa, jeśli mogę to skomentować. Wiem, a przynajmniej słyszałam od Alenki, że tutaj w Forks był kompletnie inny pakt z wampirami, niż u nas w mieście. Ba, tutaj nawet po części inaczej się traktowali wampiry i wilkołaki, aczkolwiek nie zawsze tak było.
- Panie Cullen, żyje pan? - zapytała Polly, bez strachu szturchając wampira swoimi chudymi palcami, jakby chciała przekonać się, czy faktycznie jest taki kościsty, jak wygląda. Robiła przy tym minę zdziwionej miągwy, która zetknęła się z reklamówką na dnie morza.
Cullen otworzył z trudem oczy i szarpnął się w tył, co było na tyle nieefektowne, że natychmiast miałam ochotę zwymiotować. Jednak zawód nauczycielki, chociaż pewnie nikt by nie przypuszczał, przygotowały mnie na gorsze rzeczy, niż przerażony, blady wampir.
- Musicie... musicie - Cullen jąkał się, ledwo dając radę nabrać powietrza, aby wymówić te dwa słowa. Było z nim naprawdę źle. Gdy spojrzałam na jego oczy, byłam tego jeszcze bardziej pewna. Wampir nie posiadał źrenic, a bynajmniej teraz nie było ich widać. Tylko wielkie, jasne tęczówki w kolorze żółci. Wyglądało to cholernie nienaturalnie.
- Carlisle - wymamrotał z trudem ojciec Doriana, unosząc lekko głowę wampira i patrząc, jak ten cały Cullen zaczyna się coraz bardziej szarpać.
- Oni... wykorzystują nasze zdolności... przeciw nam... - wycharczał z coraz większym trudem, po czym rozdziawił mocno usta, ukazując rząd ludzkich zębów. Potem wszystko było jak w zwolnionym tempie jakiejś cholernej produkcji rodem z Hollywood.
Rzucił się w kierunku Polly, która wrzasnęła dziko.. W życiu nie powiedziałabym, że taka staruszka może mieć taką siłę w płucach. Nim jednak wampir chwycił ją za ramiona, jej mąż skoczył, zasłaniając ją własnym ciałem. Dorian zgrzytnął ze wściekłością zębami, po czym eksplodował.
Wielki, szarawy wilk wielkości sporego byka zatoczył się na przeciw rozszalałego blondyna, który szarpał się i wierzgał, mimo, że nie do końca był w stanie to robić. Wraz z Nataszą chwyciłam dzieciaka i pognałyśmy do następnego pokoju, który właściwie wyglądał tak, jak wszystkie inne w tym domu.
- Boże, Dorian... - wykrzyknęłam - Coś się im może stać!
Wizja, że mój facet może zostać rozbebeszony przez zwariowaną pijawkę niespecjalnie mi się podobała. Sama wolałabym się podłożyć zamiast mojego Lubego.
- Głupoty gadasz, dziewczyno - obruszyła się Polly, a ja prawie zawału dostałam, gdy okazało się, że stoi zaraz za mną - Tam jest trzech wilkołaków. A Cullen to rozsądny czło... facet.
Właśnie widziałam, cholera jasna, jaki on jest rozsądny. Rzucił się wprost na nią, a ta go jeszcze broni.
Do pokoju wpadł półnagi Dorian i szturchnął mnie lekko.
- Katie, natychmiast dzwoń do Flaviusa i niech zaraz tu przyjeżdża!
Zaraz potem znikł w pokoju, a ja dopadłam komórkę i natychmiast wystukałam numer.
Przynajmniej Flavowi nie trzeba było powtarzać. O ile się orientowałam, bo nie do końca rozumiałam, to "nasz" jasnowłosy wampir rodem ze starożytności potrafił wpływać na stan fizyczny danej osoby. Jak u mnie potrafił odzyskać mój głos, a i pamiętam, jak kiedyś dla zabawy uśpił Doriana, przez co mojego osobistego wilka nie mogłam dobudzić przez trzy następnego godziny.
Tak czy inaczej coś złego działo się w pokoju obok, a ja nie mogłam nic zrobić!
Słyszałam tylko krzyki i warczenie wilków, a na dodatek dźwięk rozwalanych w pył mebli i tłuczonego szkła. Jeszcze brakuje, by rozszalały wampir zwiał przez okno i w takim stanie zacznie biegać po mieście i rzucać się na ludzi!
Tym bardziej, że gdzieś tam jest Joanne i jej nowi znajomi, kimkolwiek byli. Niech to szlag, a znając jej szczęście byłaby pierwszą osobą, jaką spotkałby Cullen. Potraktowałby ja pewnie jak stołówkę.
- Słyszałyście, co mówił Carlisle? - zapytała Natasza, tuląc do siebie wyrywającego się chłopca. Jej ciemne oczy błyszczały, kiedy patrzyła to na mnie, to na matkę - Mówił, że ktoś wykorzystuje zdolności wampirów przeciw nim samym... To dlatego Carlisle zachowuje się jak nie panujący nad sobą potwór.
Szybko zauważyła, pomyślałam, obserwując z kolei Polly, która zastanawiała się nad czymś głęboko, bo nie miała zamiaru nijak to skomentować. Ja tylko skinęłam głową.
Ten moment wybrał Flavius, by otworzyć z rozmachem drzwi w sposób, który sprawił, że mało brakowało, a odeszłabym stąd na zawał. Jasnowłosy rzymianin nie był sam, bo przytargał ze sobą nastoletnią dziewczynę i czarnowłosego mężczyznę, który miał na sobie zielony garnitur.
Dziewczyna wydawała mi się ludzka, co nie do końca zgadzało mi się z towarzystwem, w jakim się obracała.
Uśmiechnęła się lekko do mnie, kiedy kucnęła przy mnie i Polly.
- Cherry tutaj zostanie - zdecydował natychmiast Flavius, patrząc, jak niemrawo kulimy się do siebie - W razie kłopotów obroni was.
Przypatrzyłam się dziewczynie, kiedy w między czasie on i jego towarzysz pewnie weszli do drugiego pokoju.
Dziewczyna była niewysoka i chuda, przez co wydawało się, że może być żywym przykładem ludzi chorych na anoreksje. Miała mysie włosy i była kompletnie bezbarwna. Mimo dość ładnej buzi w kształcie serca i wielkich, zielonych oczu, coś było w niej takiego, że kompletnie nie rzucała się w oczy i była natychmiast zapominana. Dziwne.
- Nie martwcie się, tata i Ernie poradzą sobie raz-dwa! - zachichotała dziewczyna, jakby nie zauważyła, że jak i mnie, tak i Nataszę nieco przerażało to, co działo się niedaleko nas.
Coś zaczynało mi się nie zgadzać, tylko byłam teraz tak zamroczona strachem, że nie byłam w stanie powiedzieć, o co mi chodzi.
Tylko Polly wciąż gapiła się bezmyślnie w ścianę, co jakiś czas tylko kręcąc do siebie głową lub prychając.
W pokoju obok wreszcie ucichło. Nie słychać już było tego upartego wycia, ani trzasku łamanego drewna, kiedy to, jak podejrzewam, meble niemal odbijały się od ścian.
Wreszcie wilkołaki wyszli z pokoju w towarzystwie naszych dwu wampirów, po czym ze zmęczeniem usiedli obok nas na podłodze. To przynajmniej się tyczyło Doriana i jego rodzinę, ponieważ Flav i jego kompan grzecznie trzymali się z dala.
- Niech mnie - ocenił Adam, ojciec Dorka. Mężczyzna miał długą, już zresztą zabliźniającą się szramę obok nosa. Kilka centymetrów wyżej i nie miałby oka, a wątpię, by tak łatwo mu się taka rzecz zregenerowała.
Flav szeptem rozmawiał z towarzyszem, po czym ten w zielonym ubraniu natychmiast wrócił do, mam nadzieję, martwego wampira.
Cherry natychmiast dopadła blondyna, wtulając głowę w jego szerokie barki.
Dorian obiął mnie. Lekko drżały mu dłonie. Na jego ramionach zauważyłam sine, podłużne bruzdy. Oglądałam je z uwagą, co chyba nie spodobało się mojej Tymczasowej Iskierce Życia. Pocałował mnie lekko w policzek i pokręcił głową, dając znać, że nic mu nie jest.
- O ile wiem, Cullen i jego rodzinka jakoś tak się na ogół nie zachowuje - zauważyła w końcu Polly, siadając w reszcie koło męża, i patrząc na niego spod opuszczonych brwi. - No i gadajcie, co to za jedni - mruknęła, wskazując brodą Flava i Cherry, którzy obserwowali zbiegowisko ze stoickim spokojem.
Flav odchrząknął i niemal z drwiną skłonił się starszej pani. Stary wilkołak zawarczał.
- Flavius de Corvus - przedstawił się elegancko, uśmiechając się lekko - Jestem przyjacielem Doriana. A to moja córka, Cherry.
Dziewczyna skinęła głową towarzystwu.
Córka? Już wiem, co niespecjalnie mi się zgadzało. Ale z drugiej strony naprawdę teraz nie jest to ważne.
- Wybaczcie, ale bardziej mnie interesuje, co z tym krwiopijcą za ścianą - wskazałam kciukiem na sąsiedni pokój.
Z pomieszczenia tego wyszedł ten elegancik w zielonym kubraczku. Mężczyzna westchnął ciężko.
- Wiem już wszystko... - oznajmił spokojnie, aczkolwiek nie podobał mi się jego ton.
Miał długi, garbaty nos, wąskie oczka i szerokie usta. Nie specjalnie był przystojny, jak reszta mężczyzn w tym pomieszczeniu.
Usiadł, kompletnie nic sobie nie robiąc ze spojrzenia Polly, w fotelu i ukrył twarz w dłoniach.
- Oni wrócili, Flav - szepnął z trudem, zwracając się tylko do wampira - Staruszkowie wrócili i znów chcą powykańczać i jednych i drugich...
Dorian zmarszczył brwi. Widziałam w jego twarzy gniew, a w oczach odbity obraz płonących okrętów. Jak za chwilę się nie wyjaśni, co się dzieje, Alenko straci kontrolę.
Zadrżałam. Dorian, który trzymał mnie w ramionach i poczuł to doskonale, na szczęście opamiętał się. Nie chcę mieć tu teraz rozszalałego wilkołaka, zaraz po tym, jak uspokoili rozszalałego wampira.
- Potrafię przedzierać się przez wspomnienia każdego - wyjaśnił przepraszająco wampir - Ale tylko ludzi śpiących. Potrafię także wędrować po snach, ale to akurat teraz nie jest ważne... Tak czy inaczej, ten tutaj miał przyjemność spotkać dwoje najstarszych wampirów, jakie zna nasza rasa. I oczywiście, ich szanowne i urocze małżonki.
Mówił o nich z taką pogardą, że ja sama miałam ochotę prychnąć.
- Są potężni, wiekowi i tak szaleni, jak to tylko możliwe - ciągnął wampir, kręcąc podświadomie lok wokół palca. - I od zawsze uważali się za ofiary diabła, cokolwiek to znaczy. Uważali, że istnienie wampirów, jak i wilkołaków jest obrazą dla Stwórcy i powinni powykańczać wszystkich wokół.
Zamrugałam.
- A oni to niby co? - obruszył się Mykoła, krzywiąc się niemiłosiernie. Zamrugał, czując wzrok wszystkich na sobie - Co, nie czują się wampami, czy jak?
Dobre pytanie, oj dobre...
- Najważniejsze to pomyśleć, co zrobić z tym kwartetem - oznajmił Adam, zagryzając wargi. Dorian także czasem tak robił, gdy tylko zaczynał się nad czymś głęboko namyślać.
I to akurat jeszcze lepsze pytanie.
******
Oczyma Doriana...
Kate miała już szesnaście lat, przez co miała coraz śmielsze i bardziej niebezpieczne pomysły. Cholerny okres dojrzewania, chociaż w jej wypadku i tak spokojnie to się odbywało, niż u kogokolwiek innego.
O ile jego Słońce wyglądała dość ciekawie, to jednak stroniła od imprez, alkoholu i, co według Doriana było najważniejsze, od facetów. Kath była nieśmiała i zakompleksiona, czego nie rozumiał. Jak tak cudna istota jak ona mogła uważać się za nudną, brzydką i bez najmniejszych zalet? On już z chęcią pokazałby jej, jaka jest wspaniała, ale wciąż pamiętał tą "umowę" z rodzicami dziewczyny. Był pewien, że za parę lat zdziwią się, kiedy przyjdzie do nich wraz z Kate, a ona oznajmi im, że są bardzo, ale to bardzo blisko.
Tak czy inaczej, Kate nie była typem szalonej imprezowiczki, za co dziękował komu popadnie.
Ale niestety - nie dzisiaj.
Były jakieś urodziny starszej koleżankami Kate, która zresztą zaprosiła swoich znajomych do lokalu. Sam Dorian, na dodatek z jednym z przyjaciół ze sfory, także tam się dostał. Pilnował i obserwował ją ukradkiem przez cały wieczór. Dziewczyna miała wrócić o dwunastej w nocy, lecz pewne było, że o tej porze w domu nie będzie.
I tu zaczynało być nieciekawie.
Już po jakimś czasie jego Bexell przyssała się do alkoholu. Najpierw to był niewinny żart jednego z kolegów, a niech go, który postanowił dla zabawy doprawić colę dziewczyny mocniejszą wkładką. To się tak jej spodobało, że potem szesnastolatka twardo pragnęła więcej eksperymentów z używką i wstawiła się bardziej, niż mocno.
W tedy Alenko nie wytrzymał, chwycił jakiegoś dzieciaka z jej kliki, wcisnął mu banknot stu dolarowy i kazał natychmiast odprowadzić do domu dziewczynę.
Sam oczywiście, bo nie było innej opcji, poszedłby za nimi i sprawdził, czy na pewno wyląduje bezpiecznie w domu. Chłopak zgodził się olbrzymie szybko, widząc wielkiego faceta rodem z westernu, chociaż w zwykłych, dość fajnych na jego gust rzeczach, a dodatkowo pieniądze przekonały go, że to wyśmienity pomysł.
Tak więc o drugiej nad ranem wynieśli się oboje z kluby, a sam Dorian razem z nimi, chociaż z większej odległości.
Do domu, z niewielką pomocą Alenki, dotarli o godzinie trzeciej nad ranem. Pożegnali się, a dziewczyna niemal wtoczyła się do domu.
Dorian wykorzystał pobliskie drzewo do obserwacji i nasłuchiwał. A miał co.
Otóż dziewczyna wmaszerowała dziarskim krokiem do holu, dumna, że rodzice jeszcze śpią, a więc prawdopodobne, że nic, a nic nie wiedzą o jej spóźnieniu.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie kukułka w zegarze, która wyskoczyła z drewnianego pudła i nie zakukała trzy razy swoim donośnym głosem, od którego zaczął się budzić ojciec Kate.
Dziewczyna jednak nie wpadła w panikę. Mimo upojenia alkoholowego, wymyśliła bestialski plan...
Otóż najprościej dokukała sama jeszcze dziewięć razy.
Jak sytuacja się skończyła, dowiedział się nazajutrz rano, kiedy to Kate, z lekkim kacem zresztą, usiadła do stołu, gdzie matka robiła śniadanie, a jej ojciec już kończył grzanki.
Tak czy inaczej na odpowiedź, o której to wróciła do domu, zatrzepotała rzęsami, przez co jemu zrobiło się gorąco, ale jednak na tatusiowi nie zrobiło to wrażenia.
- Ależ o dwunastej, jak to obiecałam! - przekonała w końcu rodziców i zaczęła zajadać jajecznice na boczku.
Niby wszystko ucichło, a Kate się upiekło gdyby nie...
- Wiesz, kochanie? - zapytał ojciec Kate w strony swej małżonki, znad gazety. Jego głos był spokojny i opanowany. - Musimy chyba kupić nowy zegar z kukułką.
Jajecznica stanęła w gardle Kate, ale zrobiła dobrą minę do złej gry i nie dała po sobie nic poznać.
- Czemu? - zapytała matka, lecz dziarsko zezując na córkę.
Ojciec Kate odłożył gazetę i wciąż nie patrząc na nikogo konkretnego, w końcu odchrząknął.
- Widzisz, dziś w nocy, kukułka zakukała 3 razy, potem - nie wiem jak to zrobiła - krzyknęła 'O kurwa!' znów zakukała 4 razy, zwymiotowała w korytarzu, zakukała jeszcze 3 razy i padła na podłogę ze śmiechu. Kuknęła jeszcze raz, nadepnęła na kota i rozwaliła stolik w salonie. A potem, zwaliła się na łóżko Kate, głośno jej się odbiło i już po chwili zaczęła chrapać.
Dorian uśmiechnął się do siebie, przypominając sobie minę Kate Bexell.
- A to nie dobra kukułka - szepnął do siebie.
Od tej chwili Kate nigdy, ale to nigdy nie wypiła nic bardziej procentowego niż soczek marchwiowy.
I dobrze.
Tańcząca w bieli...
Nastrój:
tagi: